ŻYCIE NA EMIGRACJI

Home / Lifestyle / ŻYCIE NA EMIGRACJI

Tak sobie myślę, że rozmowy o emigracji nie są łatwe…szczególnie pomiędzy tymi, którzy nigdy nie wyszli poza strefę komfortu i cenią sobie bardzo poukładane życie oraz stabilizację w swoim ojczystym kraju. 

…Bo jednak umówmy się, że dzielimy się na dwa albo nawet i więcej typów osób. Są tacy, którzy w życiu nie opuściliby Polski, podając wiele argumentów, które ogromnie cenię, jednak są również ci, którzy nie zostawią na Polsce suchej nitki i będą ją przedstawiać tylko w ciemnym świetle, nie widząc Polski sprzed prawie 20-30 lat. A czasami wręcz uszy więdną od narzekania, jak to się źle niektórym żyje – to już chyba taka polska mentalność.


Za każdym razem, kiedy wracam do Polski po dłuższej podróży lub pobycie na emigracji, jestem wręcz zdumiona, jak niektóre projekty infrastrukturalne się rozwijają, ile zagranicznych firm się otwiera, i jak spada procent bezrobocia w Polsce, nie wspominając już o przesycie wszystkiego w dużych miastach, a często patrzę na Polskę przez pryzmat Wrocławia, do którego jeździłam często za dzieciaka, w którym też mieszkałam, pracowałam i studiowałam przez 6 lat. I pomimo tego, że ciągnie mnie do odkrywania świata, mieszkania w innych krajach, doświadczania nowych przygód oraz podejmowania ciągle to nowych wyzwań, jestem bardzo dumna z mojego kraju i jego rozwoju na arenie międzynarodowej (nie mieszając w to tematy polityczne!).

Kiedy zapytałam Was o temat na kolejne blogowe teksty, nie spodziewałam się, że “życie na emigracji” spotka się z takim entuzjazmem i zainteresowaniem.


Uważam, że skoro decydujemy się na pisanie w sieci, nie powinniśmy mieć tajemnic przed naszymi czytelnikami. Oczywiście nie mówię o sprzedawaniu kąśliwych smaczków z prywaty, ale mówię tutaj o dzieleniu się swoim doświadczeniem, które może Wam otworzyć oczy oraz sprawić, że podejmiecie inne i jeszcze bardziej trafne decyzje, które bardzo dobrze wpłyną na Wasz rozwój osobisty i przyszłość.

Podzielę się z Tobą moją historią życia na emigracji…

SZKOCJA

Po raz pierwszy wyjechałam do pracy za granicę w wieku 20 lat, po ukończeniu pierwszego roku stiudów. Pracowałam w 5* the Gleneagles Hotel w Auchterader jako housekeeper. I nie! Wcale się tego nie wstydzę, że sprzątałam w hotelu, bo każda praca, jeśli oczywiście mamy jakiekolwiek dystans do tego, co robimy, cel w życiu, wiele nas uczy oraz pozwala docenić również pracę naszych rodziców oraz to, co od nich dostaliśmy. Na moje ambicje nie była to moja praca marzeń i nie ukrywam, że po pierwszych dwóch miesiącach zaczęłam się męczyć, ale wiedziałam, że studia i wakacje same się nie opłacą, więc zacisnęłam zęby i przetrzymałam do końca. W Szkocji spędziłam ponad 4 miesiące. Kraj jest niesamowicie piękny i zielony, jednak początkowo miałam spory problem ze zrozumieniem szkockiego akcentu oraz zaklimatyzowaniem się, że w lecie może padać przez ponad 20 dni w miesiącu.

Dodam, że jakoś trudno było mi się odnaleźć również w teamie, w którym pracowałam. Myślę, że ponad połowa zespołu pochodziła z Polski i niestety, ale niektórzy rodacy kopali dołki pode mną, co również nauczyło mnie, że jeśli wyczuwam fałsz i niepewność od niektórych osób, to najlepiej od nich stronić i nie robić dobrej miny do złej gry. W Szkocji pracowałam dużo, brałam również popołudniowe zmiany na przygotowanie pokoi i łóżek do spania. Jestem dumna z siebie, że przetrzymałam ten czas, odciążyłam rodziców, którzy pomagali mi podczas moich studiów oraz że podszkoliłam język. Jak się okazuje, świetny kontakt załapałam ze Szkotką Jurą, z którą piszemy od czasu do czasu do tej pory, i której zawdzięczam lepszy poziom mojego języka. Chciałam również podziękować moim znajomym Magdzie i Arkowi, którzy zaproponowali mi załatwienie tej pracy, a podczas kolejnych lat pomagali moim kuzynom i polecali nas na sezonową pracę.

W Szkocji poznałam wiele ciekawych osobowości, poznałam uroki życia na emigracji i gorszych chwil, ponieważ nie zawsze było kolorowo, a wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo tęsknię za rodziną i jaką presję wywołuje praca.

Zdecydowanie wiem, że Szkocja nie jest krajem, w którym mogłabym zamieszkać. To nie mój temperament i ze względu na pogodę byłabym ogromnie nieszczęśliwa, nawet jeśli mogłabym podnieść standard mojego życia.

NORWEGIA

To kraj, który jest mi ogromnie bliski, a szczególnie piękno jego natury. Jeszcze przed moim pierwszym wyjazdem, nie spodziewałam się, że znajdę tam swój azyl oraz że to miejsce pozwoli mi się wyciszyć i sprawi, że z roku na rok będzie mi się lepiej żyło pod wieloma względami. W Norwegii doceniłam piękno naszej planety oraz to, że można żyć godnie, ale również spokojniej i bez jakiegokolwiek pośpiechu, otoczonym spektakularną przyrodą.

W Norwegii spędziłam 4 sezony pod rząd (średnio od maja do sierpnia-września). Mieszkałam we Flam, malutkiej wiosce, do której przybywają miliony turystów. To miejsce ma magię i wiele do zaoferowania, m.in. fiordy i kolejkę górską (pociąg, który przejeżdża przez góry). Fiord Nærøyfjord jest wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO i jest najwęższym fiordem na świecie.

To tu nauczyłam się innego spojrzenia na życie oraz prawdziwej zaradności.

Czy łatwo było dostać pracę? To było 9 lat temu, więc od tamtego czasu wiele się zmieniło, ale na pewno ja i moja przyjaciółka miałyśmy dużo szczęścia! Myślę, że nie wysłałyśmy nawet 20 CV, a otrzymałyśmy dwie odpowiedzi, jedną negatywną i jedną bardzo pozytywną, przepełnioną entuzjazmem i konkretami. Nie zastanawiałyśmy się ani chwili. System w Skandynawii, chociażby biurokracyjny, jest zdecydowanie przychylniejszy. Wiele spraw można załatwić w kilka minut lub drogą e-mailową. Nigdy nie spotkałam się tam z niemiłą obsługą administracyjną. Ale muszę przyznać, że praca w otoczeniu Litwinów i Polaków nie zawsze należała do tych przyjemniejszych.

Czy w Norwegii można dużo zarobić? Swego czasu, kiedy kurs korony norweskiej był wysoki, w ciągu kilku miesięcy można było zarobić i odłożyć fajną sumkę, szczególnie dla kogoś, kto chciał się odbić finansowo lub zarobić na studia. Ale pamiętajmy, że czasy się zmieniły, a ja pracę w Norwegii traktowałam jako coś dorywczego niżeli stałego. Przybywa tam coraz więcej Polaków i bardzo często wymagana jest znajomość języka norweskiego, czego nie wymagano ode mnie, kiedy pracowałam w sklepie z odzieżą i pamiątkami, ponieważ obsługiwaliśmy ponad 90% obcokrajowców z całego świata.

WŁOCHY

We Włoszech spędziłam 2 lata. Pewnie niektórzy z Was myślą, że poznałam tam mojego partnera Marco. Nasza historia ma zupełnie inny przebieg i szczerze Wam powiem, że Marco wcale nie był powodem mojego wyjazdu do Włoch. Aplikowałam o studia w Danii, ale w ostatnim etapie rekrutacji, który trwał kilka miesięcy odrzucono moją aplikację. Został mi ostatni rok możliwości skorzystania z projektu Leonardo i wyjazdu na staż, który mogłam odbyć w jednej z włoskich organizacji.

Organizację znalazłam sama i zadbałam o dopięcie formalności. Na własną rękę szukałam również pokoju, nie ukrywam też, że chciałam być bliżej Marco. Początki były trudne, ponieważ termin rozpoczęcia stażu się przeciągał, a ja przez kilka miesięcy szukałam dorywczej pracy, co wcale nie było łatwe, pomimo tego, iż mój poziom włoskiego nie był taki zły. Zapisałam się na darmowy kurs dla obcokrajowców organizowany przez Comune di Padova, żeby podciągnąć język, codziennie uczyłam się bardzo dużo, żeby przyswoić słownictwo i łapałam każdą okazję, żeby gdzieś dorobić, ponieważ od września do stycznia nie miałam stałego dochodu, poza udzielaniem korepetycji, sprzątaniem, robieniem paznokci i innymi drobnymi pracami. Po odbyciu stażu, wiele się wydarzyło. Jeszcze podczas mojej praktyki w organizacji, kilkakrotnie odwiedziłam Wenecję, w której zostawiłam swoje CV w różnych miejscach, ale przede wszystkim w luksusowych sklepach, takich jak Gucci, Louis Vuitton, Giorgio Armani itp.

W całym zamieszaniu poszukiwania pracy, zupełnie o tym zapomniałam. Jedną nogą byłam już w Polsce, ponieważ rozmowy kwalifikacyjne we włoskim wydaniu były wręcz żałosne. Pytano mnie o kwestie rodzinne, ale bardzo prywatne, które w żaden sposób nie prowadziły do mojego doświadczenia. Moja cierpliwość byla bardzo ćwiczona i wystawiana na próbę. Wrzucano mnie do jednego wora z Ukrainkami, Rumunkami i jeszcze innymi nacjami. Wszystko było generalizowane. Traciłam już wiarę w Italię i jej system, aż pewnego dnia zadzwoniła do mnie Pani z Giorgio Armani w Wenecji (później już koleżanka z pracy) i zaprosiła mnie na rozmowę o pracę. Moje CV zostało wybrane spośród jakiejś setki. Właścicielka show roomu postawiła na Polki, z którymi kiedyś jej się dobrze pracowało. Kilka dni później pojechałam do Wenecji na rozmowę i tego samego dnia otrzymałam pracę. Nie byłam przekonana, czy to moja bajka, ponieważ klienci przychodzący do takich sklepów są bardzo specyficzni, ale po kilku tygodniach się przyzwyczaiłam. Poznałam dużo ciekawych ludzi z całego świata oraz obserwowałam też różne kultury. Wiedziałam, że to tylko tymczasowa praca i szukałam czegoś w mojej branży, czyli marketingu, a najlepiej z językiem angielskim. Zaproszono mnie na kilka rozmów, m.in. do firm produkujących pompy głębinowe oraz do prywatnego banku online. Kolejny rok pracowałam w instytucji finansowej, która wiele mnie nauczyła, więc jak widzicie od mody po finanse.

Nie boję się wyzwań, a Italia wystawiła mnie na wiele prób. Przed pracą u Armaniego miałam już wykupiony lot powrotny do Polski, ponieważ nie widziałam siebie, odbijającej się od drzwi firm, które uparcie szukają “kogoś”, ale nie wiedzą kogo. Było wiele rzeczy, które drażniły mnie w systemie Włoch, ale nigdzie nie jest idealnie i podczas życia na emigracji w danym kraju wychodzą niespodziewane sytuacje i problemy. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że i za granicą życie nie jest usłane różami i nic nie jest podane na tacy, jak to niektórzy sobie wyobrażają raj… W jednym kraju być może i lepiej się żyje, ale trudniej o nawiązanie przyjaźni i czujemy się samotni, w innym dobrze się zarabia, ale cały proces biurokracyjny doprowadza nas do szału. “Nikt nie mówił, że będzie łatwo” i nieważne gdzie jesteś, ale ważne z kim, bo wsparcie osób bliskich jest niezmiernie ważne, kiedy wyruszamy “po lepsze życie”!

 

A jak żyje się na Islandii, w Australii, Szwajcarii i USA?
O tym opowiadają zaproszone przeze mnie kobiety – Polki, które od lat żyją na emigracji, ba! żeby to tylko w jednym kraju :).

Karolina, Australia
Moja Australia

Doświadczenia z emigracją zasmakowałam już w wieku 17 lat, gdy zrobiłam roczną przerwę w liceum, aby pół roku spędzić w międzynarodowej szkole w Danii, po czym kolejne pół roku spędziłam w Anglii. Po roku, który spędziłam poza krajem, wróciłam do Polski, dokończyłam liceum, zdałam maturę i wyjechałam. Znowu do Anglii, tym razem na studia licencjackie. Ze znalezieniem pracy nie miałam problemu, bo angielski miałam bardzo dobrze opanowany. Te trzy lata mieszkania z dala od domu bardzo wiele mnie nauczyły. Przede wszystkim mieszkałam w innym kraju, musiałam dostosować się do innej kultury i obyczajów, nawiązać nowe znajomości, co nie było łatwe, ale i tak miałam szczęście bo w tym samym mieście studiowały mojego koleżanki z Gdańska, co bardzo ułatwiło mi pobyt w Anglii. Poza tym, musiałam liczyć sama na siebie. Pracowałam między wykładani, często na poranną zmianę i wieczorem szłam do drugiej pracy, wszystko po to, żeby móc zapłacić za pokój, który wynajmowałam, do tego dochodziły rachunki, jedzenie i bilety do Polski. Przez 3 lata ani razu nie potrzebowałam pomocy rodziców i jestem z tego dumna. Wymyśliłam sobie, że wyjadę na studia za granicę i nie chciałam obciążać nikogo kosztami. Życie w Anglii wiele mnie nauczyło i dało wiele możliwości do spełnienia moich marzeń – podróży, ale to nie było moje miejsce na ziemi. Na każde wakacje i święta i wakacje wracałam do Polski. Oprócz tęsknoty za rodziną i znajomymi, najbardziej dokuczało mi podejście Anglików do Polaków. Oczywiście nie wszyscy, ale kilka razy spotkałam się z nieprzyjemną sytuacją, kiedy dali mi do zrozumienia, że jestem tą gorszą, która kradnie im pracę, po czym dodawali komentarz w stylu: ‘o Ty to przynajmniej mówisz po angielsku’. Prawda jest też taka, że niektórzy rodacy mieszkający w Anglii po prostu psują innym Polakom dobrą opnię. Podsumowując, było okej. Jestem zadowolona, że podjęłam decyzję o wyjeździe do Anglii, bo na pewno to doświadczenie mnie umocniło i przygotowało na kolejne życiowe doświadczenia, którym byłam przeprowadzka do Australii. I mimo, że dalej i nie mam możliwości powrotu do Polski kilka razy w roku, to tutaj czuję się o wiele lepiej i od kilku lat nazywam Australię domem. Na początku, nie było łatwo, bo znowu musiałam szukać nowej pracy, znajomych, poznać miasto, w którym mieszkam, przystosować się do australijskiego sposobu życia i pogody, szczególnie tych upałów i dużej wilgotności powietrza. Ale tym razem poszło to w miarę szybko, pewnie przez to, że wiedziałam, że to zależy tylko i wyłącznie ode mnie jak ułożę sobie życie. Poza tym już miałam doświadczenie jeśli chodzi o przeprowadzkę do innego kraju i wiedziałam, że trzeba być cierpliwym i otwartym na zmiany. Na szczęście trafiłam do pięknego kraju, w którym według mnie ludzie są przyjaźni i warunki życia są naprawdę dobre.

Ania, USA
Bienvenue En Suisse

W Miami mieszkam od ponad trzech lat. Przeniosłam się ze względu na pracę męża. To nie była łatwa  decyzja, ja nigdy przedtem nie byłam w Stanach i trudno mi było sobie wyobrazić to miejsce. Miami mi się kojarzyło z serialem “Miami Vice”, słoneczną pogodą i pięknymi plażami.
W październiku 2014 roku pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj na tydzień, żebym mogła zobaczyć miejsce w którym niedługo zamieszkam. Mój mąż był w Miami kilka razy, więc znał już trochę miasto. Pamiętam, kiedy po przylocie do Miami pojechaliśmy na północ, w kierunku Ft. Lauderdale i wszystko wydawało mi się takie wielkie, przerysowane… każdy się śpieszył, było strasznie głośno. Pomyślałam wtedy, że to będzie wielka zmiana po naszym spokojnym miasteczku w zachodniej Szwajcarii. Pamiętam też moje zdziwienie, kiedy koleżanka z pracy mojego męża zaprosiła nas na kolację i podała homara ugotowanego w mikrofalówce. Z tego pierwszego wieczoru pamiętam też powrót do Miami, i jazdę w okropnym deszczu, z dużą prędkością – czułam się jak na rollercoasterze. Potem było już tylko lepiej – Miami Beach, plaża, ocean, zwiedzanie dzielnicy Art Deco.
W styczniu 2015 roku przeprowadziliśmy się do Miami. Od tego czasu wiele rzeczy się zmieniło, ale wiele zostało nadal takich samych. Na przykład wciąż nie mogę się przyzwyczaić do wszechobecnych samochodów, jako nie-kierowca jestem (byłam) obiektem ciekawych spojrzeń i komentarzy. Wielu z moich współpracowników nigdy nie jechało komunikacją publiczną w Miami (i poza tym miastem również). Liczba przyjaciół też za bardzo nie uległa zmianie, tak, mamy znajomych, ale o przyjaciół tutaj trudno. Mnie brakuje tego amerykańskiego poczucia własnej wartości, przebojowości i tego, na pozór pozytywnego, podejścia do życia – choćby wszystko się waliło, to na pytanie: „How are you?” zawsze odpowiedź jest tylko jedna: „I’m great/fine/well”. Nie umiem nawiązywać znajomości i na luzie prowadzić tzw. „small talk”. Kolejną przeszkodą jest brak znajomości hiszpańskiego, dla ponad 60% populacji Miami to jest pierwszy język.

Zmieniła się za to moja sytuacja zawodowa. Kiedy przyjechaliśmy do Stanów nie mogłam się starać o
pracę, ponieważ musiałam się ubiegać najpierw o pozwolenie. Do Stanów wjechałam na wizie L2 – łączonej z wizą mojego męża L1 (intracompany transferee). Kilka dni po przyjeździe złożyłam wszystkie niezbędne dokumenty, musiałam też pójść do urzędu złożyć odciski palców i podać dane biometryczne. Po otrzymaniu pozwolenia poszukiwania pracy zajęły mi około 4-5 miesięcy. Miałam kilka rozmów, ale niestety żadna nie zakończyła się sukcesem. Do momentu, kiedy moje dokumenty na jedno ze stanowisk zostały przesłane przez znajomego. Pracę dostałam w ciągu tygodnia, dłużej trwał proces zatrudniania, ponieważ musiałam przejść tzw. „background check” – sprawdzenie, czy nie mam na koncie żadnych wyroków. Po raz kolejny musiałam przejść podobną procedurę, kiedy z pracownika tymczasowego zostałam zatrudniona jako stały pracownik. Nie mam czegoś takiego jak umowa o pracę – jestem zatrudniona „at will” – nie mam określonego czasu zatrudnienia i moje zatrudnienie może zostać zakończone z dnia na dzień zarówno przeze mnie jak i przez firmę. Jest to dość stresujące, szczególnie w sytuacji kiedy firma przeprowadza restrukturyzację i co chwila słyszymy o osobach, które musiały spakować swoje rzeczy i w ciągu godziny, dwóch opuścić biuro. To wygląda jak na filmach – dostaje się pudełko na rzeczy prywatne, i po godzinie się już jest na parkingu z całym swoim dobytkiem. Uciążliwa jest dla mnie ilość dni urlopowych w roku – jedyne 10. Podobno i tak jestem w świetnej sytuacji, ponieważ dni chorobowe nie są wliczane w moje dni wakacyjne i jak na warunki amerykańskie 10 to bardzo szczodra liczba. Po trzech latach w Miami już się przyzwyczaiłam do palącego słońca, aroganckich kierowców i sezonu huraganowego. Znalazłam swoje miejsca, gdzie mogę się zrelaksować, awansowałam w pracy.

Pokochałam możliwość łatwego i dość taniego podróżowania po Stanach (tylko te dni urlopowe zdecydowanie nie są wystarczające). W jakiś sposób związałam się z tym miejscem, ale wiem, że tutaj nie zostanę na zawsze, nie czuję się „u siebie”. Może nigdzie się tak nie poczuję, ale bardzo chcę spróbować pomieszkać gdzieś indziej – w Nowym Jorku, Portland albo Bostonie. Życie w Stanach wiele mnie nauczyło, zyskałam trochę więcej pewności siebie, choć nadal czuję się nieswojo przy „small talk”. Tutaj też powtarzam sobie jak mantrę – jeśli ty o siebie nie zadbasz to nikt inny tego nie zrobi. Państwo nic ci nie da, musisz sama się zatroszczyć o swoje potrzeby (przykłady: służba zdrowia, edukacja), w pracy na przykład nie mam sugerowanej listy szkoleń czy instytucji szkoleniowych – sama muszę ich poszukać i otrzymać pozwolenie na uczestnictwo. Dla osoby nowej w Stanach jest to wyzwanie. Doświadczyłam tutaj też siły organizacji pozarządowych i wolontariatu. W Miami po raz pierwszy pracowałam jako wolontariusz do centrum kultury, gdzie pomagałam w dziale marketingu. Wspólnota wolontariuszy była dla niektórych jak druga rodzina. Miami na powierzchni jest wakacyjnym rajem, kiedy zdrapie się tą pierwszą powłokę jawi się dość brudne, głośne i aroganckie miasto. Jak dla mnie, niekiedy trudne do życia – trudne na tyle, że są takie dni, że mam ochotę usiąść w kącie i nie pokazywać się światu. A czasem tak piękne, że muszę się uszczypnąć, żeby się upewnić, że to, co się dzieje dookoła mnie to jawa, a nie sen.

Ania, Szwajcaria
Profil zawodowy

Mieszkałam we Wrocławiu. Fajna praca w branży kosmetyków aptecznych, znajomi i związane z tym bogate życie towarzyskie. Chłopak pracował w branży IT. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że Wrocław to nie jest nasze miejsce na ziemi i zaczęliśmy rozważać alternatywy. Wyjazd zagranicę. To było to, czego potrzebowaliśmy. Czułabym się niespełniona, gdybym nie spróbowała życia w innym
kraju. Francja to był nasz cel. Wyszło inaczej. Chłopak dostał ofertę pracy w Zurychu. Mieliśmy dwa dni na myślenie. Zdecydowaliśmy się.

Początki były trudne. Szukanie mieszkania, załatwianie formalności, brak rodziny, znajomych i ogromna bariera językowa. Nigdy nie miałam kontaktu z niemieckim. Zaczęłam naukę od zera. Na intensywnym kursie poznałam ludzi z całego świata, którzy podobnie jak ja, stawiali pierwsze kroki jako expaci. Możliwość obcowania z tymi ludźmi, poznawania ich kultur, to coś, czego zawsze mi brakowało. Nawiązały się przyjaźnie. Trudniej w tej kwestii ze Szwajcarami. Z natury są oni mili i uprzejmi, jednak niełatwo wejść z nimi w bliższe relacje. Również znalezienie pracy w Szwajcarii bez komunikatywnego języka to „droga przez mękę”. Od pół roku wykonuję typowo „studenckie prace” i usiłuję się przekwalifikować, aby dopasować się do szwajcarskiego rynku pracy. Niewątpliwą zaletą Szwajcarii jest dogodna lokalizacja: Francja, Włochy, Niemcy, Austria czy Lichtenstein są na wyciągnięcie ręki. Sama Szwajcaria, z licznymi szmaragdowymi jeziorami, malowniczymi górami i czystym powietrzem daje szeroki wachlarz możliwości spędzania wolnego czasu: trekking, rowery, sporty zimowe, pływanie, paddleboarding. I te pyszne sery…tak, to niewątpliwie kolejny atut mieszkania w Szwajcarii.

Dagmara, Islandia

Kraina lodu i ognia chodziła mi po głowie jako potencjalny nowy kraj zamieszkania już od zeszłego roku, kiedy było mi dane odwiedzić wyspę po raz pierwszy z perspektywy Grażyny na wakacjach. Sceneria nie z tej ziemi, wszechobecność i wyjątkowość miejscowej natury, bezkres przestrzeni, duże odległości między ogniskami cywilizacji oraz cisza i spokój – wszystko to było w moim życiu zupełnie nowym przeżyciem. Po ponad 10 latach intensywnego życia w dużych miastach, weekendowego „techno travellingu” po Europie, nieustannego biegu w pogoni za niewiadomo czym, poświęcaniem wolnego czasu wszystkiemu i wszystkim dokoła z wyjątkiem samej siebie, ciągłego kombinowania skąd wziąć pieniądze i z czego tym razem zrezygnować oraz niedocenionej pracy w korpo przyszedł ten moment, kiedy stanęłam na islandzkiej ziemi i pomyślałam sobie, że fajnie było by to wszystko rzucić i po prostu tu zostać. Nie musieć wsiadać do samolu, który zabierze mnie znowu w to miejsce, które codziennie mnie frustruje. Osoby spod znaku Wagi charakteryzuja się rozważnością (tak mówią), więc porzucenie dotychczasowego bytu na wariata nie było w moim stylu. Jednak od tamtego momentu zaczęłam sobie “gdybać” jeszcze bardziej, szperać w Internecie, czytać blogi, podpytywać znajomych, kalkulować i kontynuować frustrację życia codziennego w Polsce.

Na początku roku podjęłam próbę kontaktu w celu zdobycia pracy sezonowej w turystyce, lecz dodało to do mojego bytu jeszcze więcej stresu, ponieważ po wysłaniu około 200 aplikacji, odpowiedzi można było policzyć na palcach obu rąk – wszystkie odmowne. Wszystkie grupy Facebookowe z ogłoszeniami pracy każdgo dnia zapełniały się dziesiątkami nowych ogłoszeń od ludzi szukających pracy na Islandii, za to ofert pracy można bylo szukać jak ze świeczką. Jest konkurencja, bo każdy wykształcony, kilka języków, świetne doświadczenia, praktyki za granicą, najlepsze skille i cuda na kiju. Jeden bardziej zajebisty niż drugi. No tak, Wizzair lata już do Keflaviku z każdego dużego polskiego miasta, korona mocno stoi, jest “boom: na Islandię – każdy się chce nachapać. Trzeba czymś zabłysnąć, żeby potencjalny pracodawca w ogóle chciał otworzyć tego 30. maila z aplikacją o pracę, którego dostał w ciągu dnia, a później go do siebie przekonać. Jeszcze w zeszłym roku można było znaleźć pracę od razu, obecnie trzeba ją sobie wywalczyć albo liczyć na znajomych na miejscu, którzy mogą Cię wkręcić (to jednak najłatwiejsza metoda zahaczenia się na wyspie).

Po 1,5 miesiąca w końcu się udało – jest robota! W porównaniu do polskich realiów warunki są fantastyczne, zakwaterowanie i wyżywienie wliczone, w teamie sami Islandczycy (więc będzie okazja poznania ich kultury z bliska), hotel u stóp jednego z północnych fiordów wygląda bajecznie a dodatkowo dookoła góry i natura. W końcu będę mieć pracę za godne pieniądze, wolny czas na czytanie książek, które podczas korporacyjnej bieganiny gromadziły tylko kurz,
podciągnięcie języków i rozkoszowanie się widoczkami z bliska i bez pośpiechu, bo już nie będę musiała wyliczyć dokładnie czasu, żeby zdążyć na lot powrotny.
Jestem tu dopiero od ponad miesiąca, więc nie mogę ocenić zbyt wiele w porównaniu do innych kompatriotów, którzy mieszkają tu od dłuższego czasu. Na chwilę obecną przyznaję, że zostałam przyjęta bardzo ciepło, pracodawca i jego rodzina, z którymi pracuję na codzień traktują mnie jak członka rodziny, jeżeli zrobię coś nie tak to zamiast zobaczyc wywracanie oczami i usłyszeć „kurwa” czy „ja pierdolę” zostaję potraktowana tylko uśmiechem i ludzkim: „No problem. Jesteś nowa, więc nie wiedziałaś a następnym razem zrobisz dobrze”.
Najbardziej podoba mi się wszechobecny luz, brak pośpiechu, a nawet jeżeli gdzieś się on pojawia to nie wiąże się z nim żaden stres. Czasem kiedy sprzątam pokój po kolejnych gościach śmieję się sama pod nosem, że zamieniłam klikanie w klawiaturę i codzienne odczytywanie setek maili na szorowanie kibli i zmianę pościeli. Wtedy wyglądam przez okno w kierunku fiordu, który każdego dnia przybiera nowe to odcienie kolory niebieskiego, widzę pasące się konie, nasłuchuję treli ptaków, które wracają właśnie do kraju po zimowaniu „zagranico”, przeliczam kronury na złotówki, myślę o tych pysznych i świeżych jajkach (mój fetysz) z sąsiedniej fermy, które zrobię sobie na kolację oraz o tym, że po pracy będę mogła wrócić do mojej książki zamiast wyjść z biura w kierunku pieprzonej Biedronki gdzie wydam 50 złotych i wrócę do domu z pustą siatką i stać w garach, żeby zrobić obiad na kilka dni, bo nie stać mnie na to, żeby jeść codziennie u „Pana Kanapki”. I co najważniejsze – w końcu mam święty spokój!

Czego chciałam, to mam… i bardzo się z tego cieszę!

Zdjęcia: by Dagmara Kandora, Krzysiek Oprowski, Anna Thomas & mojego autorstwa.

Jeśli macie pytania o życie na emigracji, a może chcielibyście spróbować swoich sił i wyjść ze strefy komfortu? Zapraszam do kontaktu i dyskusji oraz do kontaktu na Facebooku. 🙂


Zajrzyj do nas na Facebooka i Instagram – codziennie nowa dawka newsów z wyprawy. Będzie nam miło!

Related Posts
Jest 19 komentarzy
  • Cieplik

    Z tym przeświadczeniem, że wszędzie indziej jest jak w raju, to chyba dlatego, że znamy te wszystkie kraje z podróży (naszych czy cudzych), ale jednak życie w danym miejscu – moment, kiedy zaczynasz mieszkać w jednym miejscu, sprzątać mieszkanie, gadać z urzędnikami, odbierać pocztę, załatwiać pracę… Nagle ten upragniony raj powszednieje i okazuje się, że nie jest już tak idealnie 🙂 Twoje Włochy najlepszym przykładem 🙂

  • Gadulec

    Fajny wpis! Ja mieszkałam po kilka miesięcy we Francji, Norwegii oraz Hiszpanii. Teraz jestem na Islandii i zobaczymy co to będzie. Jedno wiem na pewno: jestem ciepłolubna i nie mogłabym żyć na stałe w kraju, w którym prawie non stop leje i jest zimno. Bardzo żałuję, że np. na takiej Teneryfie niewiele się zarabia… Byłoby idealnie 🙂 Tymczasem nie mogę się doczekać aż odbiję się finansowo w Reykiaviku i… wrócę do ukochanej Polski. Chyba tam mi najlepiej. I cieszę się, że powolutku nasza polska mentalność, wieczne narzekanie i niezadowolenie się zmieniają…

  • Maria

    Bardzo ciekawe opowieści, to bezcenne doświadczenie pomieszkać w kilku krajach. Nabiera się wiary w siebie i świat widzi inaczej niz ludzie, którzy nigdy się nie ruszają ze swojego miasta. Mieszkałam w Niemczech, teraz w USA i chyba już jest mi wszędzie dobrze. chciałabym wrócić do Polski kiedyś.

  • Olka

    Generalnie niektórym wydaje się, że emigracja jest łatwa, prosta i przyjemna. Jednak ja nigdy nie byłam w gronie tych osób. Dlatego pewnie nigdy się na nią ostatecznie nie zdecydowałam, choć takie pomysły chodziły mi i chodzą po głowie. Ale póki co w Polsce mi mniej lub bardziej dobrze 😉

  • Kasia

    Wow! Ciekawe doświadczenia jak na tak młody wiek.😁

    • Ewelina&Marco
      Ewelina&Marco

      Dziękuję bardzo Kasiu! Doświadczenie, doświadczenie i jeszcze raz doświadczenie.

  • Kasia

    Bardzo ciekawie opisujesz życie na emigracji.

  • Kasia

    Super się czyta Twoje przemyślenia!

  • Ola

    Odnosząc się do początku. Jak człowiek się uprze, to na wszystko będzie marudzić, nawet, jak jest dobrze..

    • Ewelina&Marco
      Ewelina&Marco

      Dokładnie Ola i nie będzie dostrzegać pozytywów oraz małych rzeczy. 🙂

  • Ewa

    Dobrze znam życie na emigracji bo żyłam tak przez osiem lat. Na razie wróciłam do Polski ale czuję, że nie na długo. Jednak ciągnie mnie w świat…

    • Ewelina&Marco
      Ewelina&Marco

      Ja również wróciłam z Marco na kilka miesięcy i wyruszamy dalej :). Odkrywanie świata to wszak uzależnienie.

  • Artur

    Każdy musi znaleźć swoje miejsce na ziemi, gdzie będzie szczęśliwy i dobrze się czuł – ja ciągle szukam 🙂

  • No to Fru

    Bardzo fajny wpis! Ja całe życie mieszkałam w Krakowie. Z różnych przyczyn nie mogłam wieść wakacji na studiach pracując poza granicami kraju czego wciaż bardzo żałuję. Dopiero teraz postawiłam krok w nieznane i przeprowadziłam się. Do innego miasta, ale dla mnie to i tak spore wyzwanie 🙂

  • Mmalena

    Stare przysłowie mówi, ze trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada 😉 i coś w tym jest. W marzeniach o emigracji widzimy te kraje trochę przez pryzmat wakacyjnych destynacji i wydaje nam się, że będzie tak samo jak na wakacjach, a nawet lepiej, bo to już będzie nasza codzienność, a rzeczywistość weryfikuje te wyobrażenia.

  • Zdalna-praca.pl

    Bardzo intresujący i pouczający post.
    Czekam na kolejny post 🙂

  • Marta

    Świetny wpis! Mimo że sama nigdy nie zdecydowałabym się na wyjazd na emigrację, to podziwiam osoby, które zdecydowały się na to i mieszkały lub mieszkają w obcym kraju 🙂

  • Agnieszka

    Ciekawe relacje, ale przebija z nich jakiś taki pesymizm. Dziwi mnie to, przecież nie wyjechałyście Dziewczyny za karę.

    • Ewelina&Marco
      Ewelina&Marco

      Agnieszko, zastanawiam się, gdzie tutaj jest pesymizm? A może jednak jest realne spojrzenie na rzeczywistość i wybory, hm?

Odpowiedz na „MariaAnuluj pisanie odpowiedzi

ZAPRASZAMY NA NASZ

INSTAGRAM

  • When you definitely love your life and live it to
  • Simply love your life Dont make things more complicated Live
  • When you think youve seen everything iceberg iceland islandia igiceland
  • Music is my life It was a very good weekend!
  • When you discover your city with other Couchsurfers Colorful yards
  • Mountains give me something what other places dontsomething what I
  • I really havent expected to go to Australia this year