Ipanema

10 MINUT W MEKSYKU

Home / Podróże / Ameryka Środkowa / 10 MINUT W MEKSYKU

Nasz kilkudniowy wypad do Meksyku, czyli krótki przerywnik w USA Road Trip był lepszy niż przysłowiowy: “ALE MEKSYK!”

meksykanie

Pewnego dnia pomyśleliśmy, że skoro będziemy w stanie Arizona, to dlaczego mielibyśmy nie odwiedzić naszej koleżanki Andrei, którą poznaliśmy w listopadzie 2015 roku w Monterrey w Meksyku? (TUTAJ przeczytacie o niej).

Do Nogales nie było daleko, a my potrzebowaliśmy odskoczni od amerykańskiej rzeczywistości, poza tym od jakiegoś czasu mamy zepsuty bagażnik, dlatego też szukaliśmy osoby, na której adres będziemy mogli zamówić malutką część do jego naprawienia oraz moje suplementy. Zapytaliśmy Andreę, czy ma kogoś znajomego po amerykańskiej stronie Nogales, AZ, bez problemu podała adres znajomej.

Nie wiedzieliśmy, kiedy dokładnie wpadniemy do Nogales, ale liczyliśmy się z koleżanki planami, która w drugim tygodniu lipca wyrusza w podróż dookoła Ameryki Centralnej. W międzyczasie nie zapytaliśmy też, czy dotarły nasze paczki, ponieważ byliśmy pewni, że skoro Andrea nic nie pisze, to na pewno wszystko jest pod kontrolą. Dzień przed naszą meksykańską przygodą zatrzymaliśmy się na noc w upalnym Phoenix. Godzinę przed przyjazdem Marco wyskakuje z pytaniem: “Orientujesz się, czy nasze paczki dotarły?” Odpowiadam: “Andrea nic nie pisała, więc myślę, że tak….”, po czym sięgam po telefon i piszę wiadomość do A.

GDZIE SĄ NASZE PACZKI?

Siedzimy w kuchni przy stole u Couchsurfera, który zresztą zaprosił nas do siebie zaraz po udostępnieniu naszego publicznego posta o podróży, Marco otrzymuje wiadomość od A.: “No guys, they have not arrived yet. <Paczki jeszcze nie dotarły.>”. FANTASTYCZNIE! Prosimy, żeby dowiedziała się coś więcej, ponieważ my otrzymaliśmy potwierdzenia odebrania paczek. Po jakimś czasie okazuje się, że owszem paczki dotarły, ale koleżanka odmówiła odebrania, ponieważ nie były zaadresowane na nazwisko naszej kumpeli. Nie no Meksyk…I co teraz?

Wygrzebaliśmy z e-maili numery przesyłek, przesłaliśmy do A., która po konsultacji z koleżanką odpisała nam, że paczki są do odebrania na poczcie, więc stwierdziliśmy, że na drugi dzień podjedziemy na pocztę po amerykańskiej stronie Nogales i po sprawie. Kolejnego dnia rano postanowiliśmy skontaktować się z UPS oraz pocztą w Nogales, żeby upewnienić czy paczki nadal tam są, odpowiedź brzmiała: “TAK, czekają na odbiór”.
Wyobraźcie sobie, że do Nogales dotarliśmy o godzinie 15.00, a pracownik poczty poinformował nas, że zwrot paczek został nadany tego samego dnia o godzinie 14.00. Myślisz sobie w nerwach: <<to z jakim cymbałem rozmawiałem, który upewnił mnie, że przesyłka będzie czekać do odbioru!?>> Marco dzwoni do UPS, któremu przekazano paczki i pyta czy można zatrzymać wysyłkę? Pani odpowiada stanowczo: “NIE!”. FANTASTYCZNIE x 2!

BIENVENIDO A MEXICO!

Kierujemy się w stronę granicy USA-Meksyk. Nie ma kolejki. Marco podaje strażnikowi paszporty, ale one go nie interesują, prosi o otworzenie bocznych drzwi, polukał, postukał, zajrzał pod materac…dziękuję i do widzenia. No to Benvenidos. Wyjeżdzając z US nie otrzymaliśmy nawet pieczątki o przekroczeniu granicy. Wydało nam się to dziwne. Podjeżdżamy pod dom Andrei, towarzyszy nam powitalna euforia. Proponuje wyjazd do jej chłopaka Pavla do Hermosillo oraz biwakowanie na wydmach. Myślimy sobie, dlaczego nie? Mama Andrei zadbała, żebyśmy nie byli głodni, więc przygotowała pyszne tacos z frijoles.

Marco nie mógł doczekać się, kiedy wpadnie pod “męską kosiarkę”, ponieważ od ponad 3 miesięcy nie był u fryzjera, więc trochę zarósł. Podjechaliśmy do Pana Barbera, który zadbał o stylóweczkę ‘a’la mexicana’.

meksykański fryzjer

BIURO IMIGRACYJNE

Następnie w trójeczkę udaliśmy się naszym Bubusiowym mini vanikiem (przejażdżka na vanowym łóżku w gratisie) do biura imigracyjnego otwartego 24/7, w którym otrzymujesz pozwolenie na pobyt w kraju. Na miejscu okazuje się, że biuro jest chwilowo zamknięte, ponieważ pracownik źle się poczuł i nie ma nikogo na zastępstwo…MEKSYK x 2!

Zatem Andrea pyta, ile musimy czekać, odpowiedź, jakiej nam udzielono brzmiała następująco:
“Być może 1h, być może 30 minut albo 15 minut. Nie jestem w stanie odpowiedzieć…” (takie hity!) Decydujemy się, że czekamy, ponieważ jutro przed południem chcemy wyruszyć do Hermosillo. Pracownik biura przybywa po około 1h, sprawę załatwiamy w ciągu 10 minut. Pięczątka wyjazdu z USA nie widnieje w paszporcie, ale za to wjazd do Meksyku wbity…No cóż…?

PRAWDZIWY MEKSYK TO DOPIERO SIĘ ZACZYNA…

Z Andreą nie mogliśmy się nagadać, nie widzieliśmy się od prawie 1,5 roku, a od tamtej pory bardzo dużo wydarzyło się w naszych dwóch różnych światach. Na drugi dzień Andrea przygotowuje nam oczywiście meksykańskie śniadanie i ruszamy do Hermosillo. Dołącza do nas jej koleżanka. Na dworcu autobusowym czekamy 1h na odjazd naszego autobusu…i tutaj dopiero zaczyna się PRAWDZIWY MEKSYK. Po 10 minutach podróży autobus się zatrzymuje, ponieważ zepsuła się klimatyzacja…Oczywiście kierowca i jakiś inny mężczyzna próbują naprawić, więc nasze stanie na przedmieściach Nogales przeciąga się do 40 minut, po czym wchodzi Pan w czerwonej koszulce i prosi o zasłonięcie okien. Klimatyzacja nie działa, choć on twierdzi, że możemy jechać dalej. Po 500 metrach autobus przesoknięty ludzkim potem zatrzymuje się ponownie. Po kilku minutach podjeżdza autokar, który wyruszył godzinę po naszym odjeździe, lecz niestety nie jest w stanie wziąć wszystkich pasażerów naszego autobusu, więc kierowca próbuje nas przekonać, że u nas zaraz wszystko będzie hulać, no szkoda tylko, że nie pykło…

Zewnętrzna temperatura to jedyne 40 stopni, więc trudno było żartować w takich warunkach. Evviva! Kilka minut później podjeżdża zastępczy autobus, którym docieramy do celu z prawie 2h opóźnieniem, więc nasze plany nieco ulegają zmianie. Hermosillo to miasto znane z pięknych zachodów słońca i piekelnego gorąca podczas lata, porównywane jest do piekarnika, który otwierasz, a ciepło bucha Ci prosto w twarz  z temp. 180 stopni.

Podczas naszego pobytu w okolicach Hermosillo temperatura osiągnęła aż 47 stopni…a ja się pytam, jak ludzie funkcjonują przy tak wysokich temperaturach? W domu jak w piekarniku a pot po tyłku leci…

W Hermosillo odwiedziliśmy chłopaka Andrei, z którym poznała się kilka miesięcy temu na krajowym zjeździe Couch surferów w Meksyku. Oboje wpadli po uszy.

Wieczór spędziliśmy w miłym towarzystwie, kosztując meksykańskich food truck’owych smakołyków, ale oboje z Marco stwierdziliśmy, że jednak lepiej podróżuje się samemu lub w parze, im więcej osób, tym trudniej dogodzić każdemu, a szczególnie dwóm takim jak nam, kiedy po kilku miesiącach przygód jesteśmy nadzwyczajniej w świecie zmęczeni i przyzwyczajeni do chodzenia spać po godzinie 20.00.

dscn3670

Zbliżamy się do dnia trzeciego, kiedy to przychodzi czas śniadania, a nasi znajomi planują odebrać deskę do sandboardingu oraz iść do kościoła. Na termometrze wybija 40 stopni a my jesteśmy bez samochodu. Pytamy, czy możemy wyskoczyć do supermarketu kupić kilka owoców i coś na obiad? Dobra, deska odebrana (dobrze, że tylko jedna, ale do tego punktu niebawem dotrzecie razem ze mną). Jedziemy na stragan z owocami i warzywami, gdzie nie widać końca kolejki (a nam burczy w brzuchach), ale nic dziwnego jak jest tanioszka…Znajomi wymiękają i proponują zakupy w supermarkecie, wchodzimy w to, po czym gubimy ich i z reklamówkami czekamy na holu, ponieważ poniosło ich gdzieś między regałami.

MEKSYKAŃSKIE POCZUCIE CZASU

Po śniadaniu nie pozostało nam nic innego jak relaksować się w klimatyzowanym pomieszczeniu. Plan wyjazdu na wydmy został przesunięty na godzinę 16.00, ale wyjechaliśmy i tak z meksykańską rachubą czasu. Trudno narzucać innym tempo podróżowania, skoro nie jest się u siebie i podróżuje się w grupie. Po drodze trzeba było kupić kilka produktów do przygotowania ceviche, napoje oraz załadować lód do coolera. Do pokonania mieliśmy 100 km, więc mogliśmy tylko pomarzyć o cudownym zachodzie słońca na wydmach, wsłuchując się w szum fal…ale prawdziwa przygoda w meksykańskim świecie rozpoczyna się dopiero o zmierzchu.

Zachód słońca podziwialiśmy z samochodu. Niełatwo jest zrobić piękne ujęcie zachodzącego słońca przez zakurzone szyby (potraktuj to jako żart). Akcja nabiera rozpędu, żaden punkt planu tego dnia nie został zrealizowany. Podjechaliśmy do miasteczka, które słynie ze świeżej ryby, bo na kolację znajomi obiecali przygotować nam ceviche. A czekało nas jeszcze dotarcie do wydm w ciemności (ze słabą znajomością trasy), rozbicie dwóch namiotów oraz optymistyczna wersja sandboardingu (a to ciekawe!?). Kiedy kupiliśmy owoce morza, zapytałam koleżanki, ile czasu zostało do celu, odpowiedziała: “10 minutes!”. Było po 20:00, ciemno jak w dupie u M… (zero oświetlenia) a we mnie się gotowało; byliśmy głodni, zmęczeni gorącem i wkurzeni niezrealizowanym planem. Z 10 minut stworzyło się 40 minut, a my ciągle nie wiedziliśmy, gdzie jesteśmy, po czym Pavel (chłopak Andrei) zaczął żartować, co sądzimy o takiej wyprawie, dodając swoim poważnym głosem: “Był taki film, a w nim para Meksykanów, Polka i Włoch…”. Spojrzałam się na Marco moim ironicznym uśmieszkiem, przewracając oczami. Marco wyklinał w głębi duszy, podrzucając mi teksty: “Dobrze, że wziąłem 4 tacos, bo nikt nie przygotuje teraz kolacji, zapomnij!”

ZAMKNIĘTA BRAMA

Po około 50 minutach zatrzymujemy się przed bramą, która jest zamknięta. Zarówni A. jak i P. próbują rozgryźć włoskiego orzecha, bo w ciemności nie są w stanie zlokalizować miejsca, w którym byli kilka miesięcy wcześniej. Łańcuch z kłódką powieszone, tablica, która mówi o prywatnym terenie i to by było na tyle. Czuliśmy się trochę jak byśmy mieli związani ręce, ponieważ nie znając otoczenia, trudno cokolwiek zdziałać. Mija kilka minut  i głębokich przemyśleń, po czym pada decyzja, że to raczej nie jest to miejsce. Co dalej? Pavel odpala auto, a z daleka na wprost za bramą widzimy osobę, która oświetla ścieżkę latarką i zaczyna machać.

DO CELU W MEKSYKAŃSKIEJ TELENOWELI

Czułam się jak bohaterka meksykańskiej telenoweli, w której przebiegu akcji czeka mnie jeszcze rozbicie namiotu w ciemności ze zwierzątkami i insektami. Okazuje się, że dotarliśmy do odpowiedniego miejsca i mieliśmy dużo szczęścia, że ten mężczyzna w ogóle tam był i nas zauważył. Pobrał opłatę za wjazd na teren, dał wskazówki dotarcia do największej wydmy w Meksyku i adios!

Przyznam, że krążenie po polnych drogach wyklekotanym samochodem w ciemności i z nawigacją, która wskazuje krążenie po wydmach to bardzo kabaretowa scenka.

Czasami prawo i lewo nie robiły dużej różnicy, ale ostatecznie po ….(szczerze) nie pamiętam, jakim czasie dotarliśmy do “prawie” celu! Samochód zostawiliśmy około 7 minut od wydmy, na której planowane było rozbicie namiotów. Między nogami przeskakiwały nam zające oraz kroczyły kraby. Odechciało mi się wszystkiego i wypowiedziałam głośno: “Guys, ja śpię w samochodzie!”, mimo wszystko moje nogi dalej dreptały, a ręce dźwigały kilogramy koców, namiot i inne rzeczy. Zrobiliśmy dwie rundki, po czym mając już cały asortyment, zaczęliśmy rozkładać namioty. Po kilku godzinach przeprawy przyszedł czas na relaks, podróżnicze anegdoty oraz podziwianie gwiazd i przysłuchiwanie się szumu fal aż padliśmy jak muchy…

BUENAS DIAS LA PLAYA

Ciekawe to doświadczenie, kiedy docierasz o zmroku do nowego miejsca, a więc nie masz pojęcia, jak ono wygląda, jedynie możesz pobudzić swoją wyobraźnię, a na drugi dzień wyskakujesz z namiotu, biegasz po plaży i wydmach…kosztujesz porannej kąpieli w morzu z ukochanym i tarzasz się w piasku oraz podziwiasz otaczające cię piękno.

namioty na wydmach


Po raz pierwszy w życiu miałam okazję przetestować sandboarding i przyznam, że chciałabym dłużej, ale nie w tak wysokich temperaturach…po raz pierwszy w życiu próbowałam meksykańskiego ceviche, którego smak był wyjątkowy i po raz pierwszy w życiu widziałam tak cudowne, ogromne muszle….

….na tym wybrzeżu byliśmy tylko MY i wie o nim niewiele osób.


ceviche meksyk

Historia dnia czwartego ma swoją kontynuację odkrywania plaży w miasteczku Kino (choć kina tam nie widziałam :D).

bahia de kino

muszle w meksyku

47 STOPNI ZUPY

Przejdźmy do ostatniego dnia pobytu w Hermosillo. Nasza meksykańska telenowela ma swój ciąg dalszy, a przygody nas nie opuszczają. Mama Pavla chciała się zreflektować, ponieważ Marco podczas naszego pobytu u nich w domu przygotował włoskie danie, dlatego też ona postanowiła ugotować zupę z warzywami, chilli i białym serem – hmm..nie pamiętam, kiedy jadłam zupę w 47 stopniowym upale, ale zawsze to nowe doświadczenie i było pysznie!  

Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Nogales, tym razem bez autobusowych przygód. Nie mieliśmy za wiele czasu, ale koniecznie musieliśmy udać się do biura imigracyjnego na przejściu granicznym z USA.

NA PIESZO DO USA

Andrea wpadła na genialny pomysł, żeby przekroczyć granicę na pieszo i dowiedzieć się, gdzie i kiedy możemy przedłużyć nasz pobyt w USA. Meksykanie przekraczają taką granicę bez szczególnych pytań, jednak nam to zajęło znacznie więcej czasu…

Dużą przeszkodą jest wiza Marco z Iranu, dlatego też był wypytywany o wiele detali. Po czym wytłumaczyliśmy strażnikowi granicznemu, że nie otrzymaliśmy żadnej pieczątki przy wyjeździe z kraju, a w chwili obecnej podróżujemy samochodem i chcemy uniknąć problemów przy jakiejkolwiek kontroli. Poprosił nas, żebyśmy przeszli do jednego pomieszczenia, gdzie sprawdzano podejrzanych migrantów. Moje serce zaczęło bić coraz szybciej, a oczy najadły się strachu. Po chwili strażnik mówi: “Poczekajcie! Teraz pójdziecie z tym Panem na górę.” – wskazał osobę.  Na szczęście po opuszczeniu pierwszego budynku, dołączyła do nas Andrea. Wszyscy razem poszliśmy na górę po przedłużenie pozwolenia pobytu w kraju. Zadano nam kilka pytań, sprawdzono odciski palców, odpowiedziano na nasze wątpliwości i wydano kartę pobytu z podbitym paszportem, po czym wróciliśmy na meksykańską stronę Nogales. Mieliśmy szczęście, ponieważ trafiliśmy na ludzkiego pracownika przejścia granicznego, ale również uświadomił nas, że prawdopodobnie wcześniej otrzymaliśmy pobyt tylko na 3 miesiące, ponieważ poprzedni oficer widząc włoski paszport, potraktował wizę jako ESTA, o którą aplikujesz online i otrzymujesz zawsze na okres 3 miesięcy.

DWÓCH PODEJRZANYCH

Ostatni dzień (szósty) przyniósł dreszczyk emocji. Przed przekroczeniem granicy Meksyku z USA wypowiedziałam następujące słowa: “Nie mamy paczki, ale udało się przedłużyć pobyt w kraju.” – co oczywiście oznacza swobodniejsze podróżowanie a nie gonienie za czasem.

Czar prysł w ciągu kilku minut, kiedy to na przejściu poproszono nas o nasze paszporty, zapytano, co mamy do oclenia, odpowiedzieliśmy, że kilka owoców i warzyw (wielu z nich nie wolno przewozić,  my o tym wiedzieliśmy). Oczywiście na owocach się nie skończyło. Nastąpił powrót do pobytu Marco w Iranie oraz jego cel. Mnie zapytano, jak długo jesteśmy razem i czy jesteśmy małżeństwem. Następnie odesłano nas do specjalnego sektora, do którego mogliśmy  się zbliżać się z max prędkością 3 mph. Zgadnijcie, ile osób nas sprawdzało i prowadziło wywiad? Na początku 3, później doszedł kolejny mundurowy. Marco poproszono na tył samochodu i wypakowanie wskazanych owoców i warzyw; zabrano nam mango, ziemniaki i jedno jajko. Mnie w międzyczasie przepytywał strażnik, oczywiście pojawiły się standardowe pytania o cel podróży, ostatni pobyt w USA i wiele innych, ale z tych ciekawszych: o moją pracę, moje miejsce zamieszkania (rezydencję), zakup samochodu w USA (był pewny, że samochód jest wypożyczony), bilet powrotny, ilość pieniędzy podczas wjazdu do USA zarówno w gotówce, jak i na koncie, ilość zaoszczędzonych przeze mnie pieniędzy na podróżowanie itd. Zdziwił się, kiedy odpowiedziałam, że pracuję zdalnie (ale jak to tak w podróży!?) i nie mógł pojąć, że mieszkałam w Polsce a Marco we Włoszech (szczególnie w ostatnim roku). Poproszono nas o dokument potwierdzający zakup samochodu, wyciągnięcie telefonów i zostawienie ich w samochodzie oraz zaproszono nas do pomieszczenia dla podejrzanych migrantów.
Nie mając nic do ukrycia, Twoja nerwowość wzrasta zupełnie naturalnie, ale staraliśmy się rozluźnić atmosferę. Po kilku minutach poproszono Marco. Wypytywano go o nazwę firmy, dla której pracował w Iranie, o czas pobytu, o nazwę jego firmy włoskiej, o rodzaj maszyny, jaką programował, jej wielkość, dlaczego kupiliśmy samochód w USA i co zamierzamy z nim zrobić, poproszono o dane naszego znajomego z Florydy, na którego adres rejestrowaliśmy samochód, numer amerykańskiego telefonu…To tylko część pytań, które pamiętamy, ale możecie sobie wyobrazić powagę sytuacji. Ostatni strażnik wyszedł z biura, dodając: “Zaraz wracam” – w ręku trzymał nasze paszporty i kopie dokumentów. Po kilku minutach kolejnego oczekiwania, pojawił się, otwierając „drzwi celi”: “Marco, you can go. <Marco, możecie jechać.>” – kamień z serca! Na zewnątrz budynku zaczął żartować i zmienił ton głosu. Wspomniał, że na pewno to niesamowita przygoda tak podróżować i zapytał raz jeszcze, kiedy przyjechaliśmy do Meksyku, po czym okazało się, że w podróży kompletnie tracimy poczucie czasu, bo nawet nie wiedzieliśmy, jaki jest dzień tygodnia, ale na szczęście na luzie zaczął się śmiać i żartować.

ALE TO NIE KONIEC!

Pewnie chcielibyście, żeby to był koniec, ale byłoby zbyt pięknie. Po dwóch godzinach zatrzymał nas radiowóz policji na sygnale (scena jak z amerykańskiego filmu), który podobno podążał za nami jakieś 8 km, jak to stwierdził pan oficer. Marco mówi do mnie: “Spójrz w lusterko, jedzie policja na radarze za nami. Mam się zatrzymać?” (teraz na samą myśl, jak sobie przypomnę jego reakcję, wybucham śmiechem).

Najciekawsze jest to, że nie jesteś w swoim kraju i nie wiesz, jak się zachować, pomimo iż otrzymaliśmy kilka wskazówek od naszych znajomych z USA. Marco zjechał na boczny pas i zatrzymał samochód, ja obserowałam w lusterku. Oficer tzw. highway patrol podszedł do okna pasażera, które otworzyłam, po czym powiedział bardzo niskim głosem: “Podążałem za Wami 5 miles!”. Marco odpowiedział: “Że radio było ustawione za głośno.”
Oficer podukał coś pod nosem, poprosił o dokumenty i zaprosił Marco do swojego radiowozu, ja zostałam w samochodzie. Marco reakcja: “Nic nie zrozumiałem…mam wyjść?” 🙂
Dostaliśmy tylko pouczenie, ponieważ przednie szyby pasażera naszego vana są przyciemniane, a w stanie Arizona nie jest to zgodne z ich prawem!

Co więcej mogę Wam powiedzieć? MEKSYK to pikuś przy naszych 6-dniowych przygodach.

dunes in Mexico


Zajrzyj do nas na Facebooka i Instagram – codziennie nowa dawka newsów z wyprawy. Będzie nam miło!

Related Posts

Dodaj komentarz

ZAPRASZAMY NA NASZ

INSTAGRAM

  • When the nature creates such a gorgeous ARCH  Twohellip
  • Light Light Light x 1mln Antelope Canyon is like thehellip
  • But here I am  Next to you  Thehellip
  • Hot springs sounds like a good idea for a morninghellip
  • Oh Mummy! Look how high it is Happy bday tohellip
  • Big Bend NP is BIG  First hike in thehellip
  • Zagubieni w czasoprzestrzeni Wielkiego Kanionu Kolorado Te poranki kiedy otaczahellip
kubanskażycie w podróży